Tym razem przyjrzymy się możliwym powodom zawarcia Paktu Antarktycznego. Co sprawiło, że zostaliśmy odcięci od tej części świata? Czy możliwe jest, że Ziemia jest większa, niż to, co dziś znamy i uczymy się w szkołach? Zabieram Cię w podróż do najbardziej strzeżonego miejsca na naszej planecie — miejsca, gdzie rzekomo nie ma nic poza pustką, śniegiem i lodem. Antarktyda — 14 milionów kilometrów kwadratowych niedostępnej przestrzeni, otoczonej międzynarodową tajemnicą i ścisłym zakazem swobodnej eksploracji. Czy naprawdę chodzi tylko o ochronę środowiska, czy może o coś znacznie większego?
Naukowcy wmawiają nam, że cały kontynent jest pokryty lodem o grubości od 2 do 5 kilometrów. Jeśli jednak spojrzysz na różne filmy, które pokazują nam, jak wygląda to miejsce, np. te od admirała Byrda, zauważysz, że dziwnym trafem widać dużo ziemi, gór itd. Jakim cudem, skoro ma pokrywać je co najmniej 2 km lodu? Druga sprawa to temperatury, o których jest mowa. Które spadają nawet do minus 80 stopni. A więc są to warunki, które są delikatnie mówiąc spartańskie. Słodka woda zamarza poniżej 0 stopni Celsjusza. Słono natomiast zależnie od stopnia zasolenia. Ocean południowy, który otacza Antarktydę ma zasolenie w okolicy 30 kilku procent. Morze o takim zasoleniu powinno zamarzać już poniżej minus 2 stopni Celsjusza. A więc przy tak niskich, stałych temperaturach, jakie są tam podawane, tamten rejon powinien być zamarznięty łącznie z morzem, do którego notabene wpada cała masa rzek, które widzimy jako piękne wodospady.
Tłumaczy się to roztopami, które mają zasilać rzeki. Tylko jakim cudem mogłoby mieć to miejsce przy tych temperaturach, o jakich mówią na tym kontynencie? Pamiętaj, że woda, gdy staje się ciałem stałym, czyli lodem, wytrąca sól. Zamarza więc w postaci słodkiej wody. Podaje nam się, że średnia temperatura na Antarktydzie to od minus 30 do minus 20 stopni, a więc dużo poniżej zera. Każdy, kto przeżył taką zimę, doskonale wie, że zamarza dosłownie wszystko. Każda rzeka i każde jezioro. Więc coś tu się nie zgadza, prawda? Na tak zimnym kontynencie, bez lata, wszystko powinno być zamarznięte na amen. Równie dziwne jest to, że cała masa gatunków zwierząt zamieszkuje te tereny. Różne foki, pingwiny, albatrosy, morsy, nawet mewy. Oraz orki, wieloryby, nawet delfiny i tak dalej. Dlaczego wybierają rejon, w którym ma być tak zimno? I ma na nim być nic więcej poza lodem.
Zwierzęta te występują również w dużo cieplejszych miejscach na świecie i przede wszystkim w dużo bogatszych w pożywienie. Ciekawe dlaczego nie wymigrują. Inną sprawą jest fakt, że mimo całej masy wypraw badawczych, opinii publicznej pokazywane są tylko zdjęcia lotnicze wybrzeża. Dlaczego nie pokazują, co jest dalej? Możemy się tylko domyślać. Jest kilka teorii spiskowych mówiących o tym, co takiego może się tam znajdować, a o czym nie chcą nas poinformować. Pierwsza mówi o tym, że znajdują się tam ogromne złoża ropy, gazu, złota i innych minerałów. To zapewne jest prawdą, bo cała Ziemia jest bogata w różnego typu pierwiastki. Ale po co mieliby to ukrywać? To, że gdzieś znajdują się jakieś ogromne złoża czegokolwiek, nie wpływa jakoś znacząco na zmianę ekonomiczną. Nadal mogą powiedzieć, że koszty transportu są ogromne, albo że trudno się wydobywa to w tych warunkach, aby można było obniżyć cenę docelową.
Poza tym, jeśli naprawdę chodziłoby o bogactwa naturalne, to ciężko mi uwierzyć, że wszystkie państwa tak ochoczą, by przestrzegały Traktatu Antarktycznego. Gdzie jest możliwość ogromnego zarobku, zawsze znajdą się tacy, co będą chcieli być sfańsi od reszty. Dlatego nie przemawia do mnie taki powód zakazu, jakim objęto ten kontynent. Druga teoria, spiskowa, głosi, że odkryto tam nieznane formy życia, które mogą być np. niebezpieczne dla reszty Ziemi. Nie wiem, ale jakoś nie trafia to do mnie. Nie widzę powodu, z jakiego mieliby to ukrywać. Przecież można przyznać, że istnieją tam niebezpieczne zwierzęta, które oni bohatersko trzymają w ryzach. Przy obecnej technologii można byłoby łatwo wybić zagrożenie. Poza tym oficjalnie mówi się o 76 aktywnych stacjach badawczych na tym kontynencie, w których stacjonuje prawie 5 tysięcy ludzi. Gdyby było jakieś zagrożenie, istniałyby tam tylko bazy militarne.
Gdyby zagrożeniem były na przykład smoki, to co powstrzymało je przed wycieczkami w nasze strony? Gdyby to były jakieś inne zwierzęta nielatające, to prędzej czy później ktoś by je wypatrzył. Mimo braku wycieczek w głąb kontynentu, to jednak jest ich dosyć dużo wzdłuż linii brzegowej, przy której można napotkać pingwiny, foki i tak dalej, a więc pokarm, który mógłby przyciągnąć ewentualnych drapieżników. Prędzej czy później ktoś by je nagrał lub zrobił jakieś zdjęcia. Trzecia teoria spiskowa mówi o bazach wojskowych, w których przeprowadzamy mając być tajne badania, testy różnych broni oraz technologii, które muszą pozostać w ukryciu. Taki zakaz dla cywilów teoretycznie mógł być z tego powodu, ale przecież to samo robią również i na innych kontynentach, na pustyniach czy też podziemnych bazach, w których panują bardziej sprzyjające warunki.
Dlatego niezbyt trafia do mnie fakt, że tak bardzo pilnują tych terenów z takiego powodu. Następna teoria mówi o ruinach dawnej cywilizacji, która zamieszkiwała te tereny. I to ma dosyć dużo sensu, zwłaszcza jeśli przyjrzeć się mapom sprzed kilkuset lat, które omawialiśmy w poprzednim odcinku. Widzimy na nich nie tylko to, że ten kontynent jeszcze nie tak dawno był zielony, ale są również zaznaczone rzeki oraz miasta. Ciekawe jest to, że Antarktyda miała zostać odkryta oficjalnie w 820 roku przez rosyjską ekspedycję. Jakieś 50 lat wcześniej James Cook miał płynąć wybrzeżem tego kontynentu. Więc co zatem robiła Antarktyda praktycznie na wszystkich mapach setki lat wcześniej? Obecnie mówi się, że miano przewidywać istnienie tego kontynentu od wieków. Co to ma znaczyć? To ja nie wiem. Jest to trochę dziwne tłumaczenie. Skoro coś było na mapach, to znaczy, że wiedziano o tym miejscu i tyle, a nie, że ktoś coś przewidywał.
i jeszcze miał przewidzieć, jak wygląda linia brzegowa. I najlepsze, że mapy różnych autorów, z różnych kontynentów, z różnych czasów, którzy rzekomo nie mieli ze sobą kontaktu, przewidywały w ten sam sposób istnienie hipotetycznego kontynentu. Strasznie mocno to naciągamy. Ewidentnie jeszcze kilkaset lat temu istniała tam jakaś cywilizacja. Oczywiście nikt nie może tego przyznać. Przecież ten kontynent ma być pokryty lodem o grubości kilku kilometrów. Ogółem cała narracja, w jaką wierzą ludzie, posypałaby się jak domek z kart. Czy byłyby tam ruiny miast, czy też może megalitycznych budowli pozostawionych przez rasy gigantów? Tak czy siak nie powinno tam być przecież niczego. Jak dla mnie teoria ta jest wysokie prawdopodobna. Na pewno istniały tam róże miasta, lecz uważam, że raczej nie jest bezpośrednio odpowiedzialna za Pakt Arktyczny.
Przecież nawet jeśli są tam ruiny miast, zawsze można powiedzieć, że mają tysiące, czy jak oni tam lubią mówić, sprzed tej ich epoki lodowcowej. Więc raczej nie dlatego mamy tam zakaz tępu. Jak już jesteśmy przy mapach, to oprócz oznaczonych rzek, czy też miast, często opisywano na nich żyjące tam zwierzęta, czy też ludzi. Na przykład na mapie Piri Reis z 513 roku po Juliuszu możemy zauważyć kilka ciekawych doniesień. Tekstu nie udało mi się rozszyfrować za pomocą dostępnych translatorów języka perskiego, bo nim napisano opisy. Może kiedyś znajdę więcej czasu, aby nad tym posiedzieć. Ale oprócz tego pisma jest trochę obrazków, na których widać mieszkańców tego kontynentu. Widzimy prawdopodobnie psy, dingo, coś w rodzaju bizonów z jednym rogiem, jakby sarnę z kłami, jakoś małpę oraz tu robi się ciekawie, jest jakby człowiek, który głowę ma na piersi oraz krzyżówka psa z człowiekiem.
Teraz pomyśl, z jakiego powodu ktoś miałby na swojej mapie umieszczać nieistniejące zwierzęta czy też ludzi. na mapie, nad którą pracował na pewno dużo czasu i zapewne chciał, aby była jak najbardziej wiarygodna. Zresztą ślady takich osobników nie były niczym nazwyczajnym w przeszłości. Istnieje co najmniej kilka książek przyrodniczych, w których ospisywano te dziwy natury. Wyniki krzyżówek genetycznych, które obecnie wydają się niemożliwe. Mimo, że co chwilę słychać o wynaturzeniach, które rodzą się na całym świecie. Jeśli interesuje Cię ten temat, sprawdź moje starsze filmy. Inna teoria mówi o lodowej ścianie, czyli firmamencie, który ma być widoczny na tym kontynencie. Jeśli to prawda, to całkowicie obalałoby to o podróże w kosmos i ogólnie całą narrację, której uczą w szkołach. W poprzednim odcinku nie dokończyłem pewnej kwestii a propos encyklopedii amerykańskiej z 58 roku ubiegłego wieku.
Ostatniego wydania w takiej formie, bo w tym samym roku założono Agencję Kosmiczną NASA oraz uchwalono Pakt Arktyczny, co było bezpośrednią przyczyną wywrócenia do góry nogami tego, co uczono w szkołach. W tej encyklopedii istnieje bardzo ciekawy opis Antarktydy. Pozwolę sobie zacytować. Cztery samoloty State Airlines wystartowały z nowozelandzkiej cieśnimy McMurdo Sound 20 grudnia 1955 roku po Juliuszu. i wykonywały loty rozpoznawcze nad nieznanymi częściami kontynentu do 18 stycznia 1956 roku. Kiedy to powróciły do Nowej Zelandii, loty te dowiodły, że obszary śródlądowe są pozbawione cech szczególnych. Z kopułą o wysokości około 4000 metrów, na około 80 stopniu szerokości geograficznej południowej i 90 stopniu długości geograficznej wschodniej. To ciekawe, prawda? W 1956 roku przeprowadzają loty rozpoznawcze, które udowadniają dokładne dane na temat tego, jak wygląda Ziemia.
Jakieś dwa lata później informacje te zostają wydrukowane w encyklopedii, która przecież nie jest zwykłą książką, tylko zbiorem informacji, takim kompedium wiedzy, na którym w dawniejszych czasach opierano się w szkołach. Zresztą nazwa encyklopedii wywodzi się z greckiego terminu oznaczającego kompletny system nauki. W przypadku tej encyklopedii jeszcze w tym samym roku, praktycznie zaraz po publikacji, została zbanowana i wycofana ze sprzedaży. W tym samym roku powołano Agencję Kosmiczną oraz zakazano Paktem Arktycznym jakichkolwiek wycieczek prywatnych na te tereny. Co omawiałem w poprzednim odcinku tej serii. Jeśli nie widziałeś, sprawdź koniecznie. I przy okazji zostaw kciuka w górę pod tym filmem. Dowiedzieliśmy się zatem, że na Antarktydzie, mniej więcej w okolicy Australii, znajduje się kopuła o wysokości 4 km, a więc zdecydowanie niżej niż w innych miejscach na Ziemi.
Pamiętaj, że kopuła jest sklepieniem, którego wysokość rośnie do centralnego punktu na Ziemi, więc nie ma jednej wysokości na całej Ziemi. Punkt centralny firmamentu opisywany bywa na wysokości niecałych 120 km. Znajdować się ma on na tzw. biegunie północnym, gdzie znajdować się w przeszłości miała Hiperborea, którą już również omawiałem. Czy na pewno jest to punkt centralny naszej Ziemi? Tutaj sprawa nie jest tak oczywista. Według starych map tam znajdować ma się Magnetyczna Góra Meru, czyli ścięty pień drzewa znanego m.in. z Księgi Rodzaju. Więc można założyć, że jest to centralny punkt naszej Ziemi. Ten, który wskazują wszystkie kompasy. Równocześnie kompasy są dowodem na to, że istnieje tylko jeden biegun magnetyczny Ziemi. Bo przecież widzimy na nich zawsze północ, nieważne jak blisko znajdziemy się bieguna południowego. Nadal kompasy będą pokazywać północ.
Gdyby istniał drugi biegun, to będąc bliżej niego niż drugiego, kompasy powinny zacząć go pokazywać. A tak przecież nie jest. Prawie wszystkie stare mapy wskazują, że tam znajduje się centrum Ziemi. Lecz nie możemy wykluczyć jednej ewentualności, że te mapy niekoniecznie muszą mówić pełną prawdę. Po pierwsze, nie mamy dostępu do starszych map niż XV i XVI wiek. Wszystkie sprzed resetu zniknęły. Poza tym nie mamy do końca pewności, że te mapy nie powstały dużo później. Przecież wszystko można podrobić, napisać odpowiednią datę i wcisnąć nam, że to z tych czasów. A my praktycznie nie mamy jak tego zweryfikować.